Mój pierwszy lakier tej marki trafił w moje łapki wczoraj. Patrząc na moją kolekcję lakierów nie sądziłam nigdy, że którykolwiek mężczyzna w moim życiu kupi mi kolejny (oni przecież tego nie rozumieją), a jednak… mój kochany TŻ patrząc jak stoję przed szafą w Superpharm i zastanawiam się czy przy moich brakach finansowych mogę pozwolić sobie na jeszcze jedną buteleczkę emalii. Jednak widząc mój zachwyt nad brudnymi brązami, beżami i fioletami postanowił, że sam zasponsoruje mi lakierek.

Patrząc na nazwę od razu wiedziałam, że musi być mój. „Lady like” to nieco pobrudzony wrzosowym odcieniem nudziak. Właśnie to zabrudzenie daje mu niepowtarzalny odcień. Lakier ma wykończenie kremowe o zdecydowanie mocnym połysku.

Gdyby ktoś nie wiedział pracuję w dalszym ciągu jako kelnerka, więc tylko nudziaki, jasne róże i inne neutralne kolory wchodzą w rachubę. Mając więcej dni wolnego (co zdarza się niezmiernie rzadko) mogę pozwolić sobie na jakiś oryginalny kolor.

Na zdjęciu widzicie 2 warstwy lakieru, które jak widać wystarczają do idealnego krycia. Bardzo polubiłam półokrągłe pędzelki tej marki, które idealnie docierają do każdego miejsca paznokcia.  Konsystencja jak dla mnie też jest idealna. Aplikacja jest czystą przyjemnością.

Jesienią polecam zdecydowanie. Patrzcie jak ładnie wpasował się we wrzosa w tle 🙂

Jakie odcienie wybieracie jesienią?
Jakie lakiery marki essie polecacie?

Social Media:

16 thoughts on “Recenzja: Essie Lady Like (101).”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *